Menu
  O nas
  Rehabilitacja
  DPS
  Turnusy
  Wolontariat
  Duszpasterstwo
  Stowarzyszenie
  Historia
  Wydarzenia
  Sposorzy
  Ogłoszenia
  e-mail
Duszpasterstwo

Bóg widzi inaczej
autor: Mag

W niniejszym artykule chcę dotknąć tematu, który wszystkie znane masmedia poruszają bardzo rzadko w sposób naturalny, godny i czysty. Może ta sztuka mnie się uda? Zacznę od charakterystyki trzech dni lutego, bowiem wydaje mi się, iż coś je ze sobą łączy, poza tym, że chyba dla każdego są one dość szczególnymi dniami. Idzie o 2, 11 i 14 lutego. Ale po kolei.
    2 luty, to święto Ofiarowania Pańskiego, a więc dzień, w którym Kościół przypomina nam fakt, gdy po raz pierwszy Maryja wraz ze swym mężem Józefem ofiarowali Bogu w świątyni swojego małego Synka. Byli najbardziej niezwykłą i najbardziej świętą rodziną, jaka kiedykolwiek chodziła po Ziemi, ponieważ poza miłością oblubieńczą i rodzicielską, ogarniała Ich także Miłość uosobiona - Duch Boży. Jednak dla współczesnych Im ludzi byli Oni po prostu najzwyklejszą parą małżonków z małym dzieckiem. Niemniej coś Ich wyróżniało spośród innych ludzi. Było to niemal skrajne zewnętrzne ubóstwo, które nie było w stanie przesłonić emanujących z Nich pokoju i radości ducha, oraz nieograniczonej pokornej życzliwości wobec siebie wzajemnie i wszystkich wokół. Wyróżniała Ich także prawdziwa głęboka pobożność. Właśnie w imię tej pobożności ofiarowali wówczas Bogu przez ręce kapłana czterdziestodniowego Jezusa - największy swój Skarb. Aby obrzęd był pełen, ofiarowali, jak wiadomo, parę młodych gołąbków - ówczesna obrzędowa ofiara najuboższych. Wtedy to Jezus po raz pierwszy przelał za nas swoją Najdroższą Krew i razem z Nim zostaliśmy ofiarowani Bogu Ojcu. Uczynił to z ogromnej Jego do nas miłości.
    11 lutego Kościół znów ukazuje nam Maryję, która Bernadecie Soubirous w zaciszu Groty Massabielskiej przedstawiła się jej: "Jestem Niepokalane Poczęcie". Nie dziwne, a wręcz szokujące wyznanie Osoby, będącej z krwi i kości? Cóż za głębia teologiczna, domagająca się jakże ogromnie głębokiej, ale i prostej wiary! Wiemy, że Bernadetta Soubirous, późniejsza święta znana chyba w całym świecie, zewnętrznie, w oczach ludzkich (a i we własnych także) wówczas była bardzo ubogą, prostą dziewczyną, w szkole bez szczególnych zdolności intelektualnych. Jednakże jej mocna acz prosta wiara i miłość do Boga, pokora, pogoda i spokój ducha, oraz dobroć i życzliwość wobec bliźnich ściągnęły na nią szczególnie miłosny wzrok Boga i Matki Najświętszej. I stała się powiernicą oraz przekazicielką wielkiej tajemnicy wiary teologiczno - dogmatycznej.
    Ponadto dzień 11 lutego jest świętem patronalnym ludzi chorych i niepełnosprawnych, ustanowionym 12 lat temu przez papieża Jana Pawła II, czyli Światowy Dzień Chorego. Dlaczego Papież wybrał na główną Patronkę tej grupy ludzi właśnie Matkę Bożą z Lourdes? Wydaje się, że jak trudna do pojęcia (i przyjęcia) jest prawda o Niepokalanym Poczęciu, bez głębokiej acz prostej wiary, tak samo, bez tejże wiary, trudna jest prawda o sensie i wartości ludzkiego cierpienia, jak i o samych ludziach cierpiących. Poza tym któż lepiej od Niepokalanej Matki zrozumie chorego lub "innego" człowieka i pospieszy mu ze skuteczną pomocą? Tylko Ta, której poza Bogiem nikt z ludzi nie jest w stanie do końca zrozumieć. Natomiast Ona bezwarunkowo kocha i rozumie każdego z nas, ponieważ w Niej spoczęła najpełniej tajemnica, głębia i moc Bożej Miłości. Tu nasuwają mi się słowa jednego z psalmów: "Głębia przyzywa głębię..." oraz ich parafraza: "Tajemnica przyzywa tajemnicę..." Oczywiście chodzi o tajemnicę Bożą, tajemnicę wiary. Ta tajemnica wyraźnie przypomina nam, że Bóg widzi i myśli zupełnie inaczej, niż człowiek. Owszem, również każdy człowiek jest wielką tajemnicą, poniekąd nawet dla samego siebie, jednak Maryi nikt nie przewyższy ani tajemnicą, ani pięknem.
    No dobrze, ale co ma do tego wszystkiego św. Walenty, patron 14 dnia lutego? Moim zdaniem ma, i to sporo. Jak wiadomo, dosłownie przed kilkoma laty z Zachodu przywędrowały do Polski tzw. Walentynki lub jak kto woli, Dzień Zakochanych. Nagłaśniane przez media, już dość mocno zadomowiły się w naszej kulturze. Ostatnimi czasy chyba za bardzo papugujemy ten pod niektórymi względami nieszczęsny Zachód, niemniej Walentynki są dosyć sympatycznym dniem, zwłaszcza gdy świętują go odpowiedzialnie zakochani w sobie ludzie. Ale z tego, co mówią i piszą o tym Dniu różne media, można odnieść wrażenie, iż w dniu wspomnienia św. Walentego szczególnie promuje się osoby młode, zdrowe i piękne, jakby im dając niemalże wyłączne prawo do bycia zakochanymi, do miłości. Nie, nie mam nic przeciw "młodym zakochanym", bo młodzi ludzie mają swoje prawa, m. in. prawo do zakochiwania się w osobach płci przeciwnej i bycia z tego powodu szczęśliwymi. Jest to stworzone przez Boga naturalne piękno młodości. Zróbmy jednak mały rzut oka na osobę św. Walentego.
    Według dostępnych mi źródeł, na przestrzeni dziejów chrześcijaństwa, świętych o tym imieniu było (a właściwie jest) ponad 15. Święty Walenty z 14 lutego jest jednak najbardziej znany w chrześcijaństwie, w zwyczajach ludowych oraz w folklorze, jako biskup i męczennik. Był biskupem Terni w Umbrii. W III wieku, podczas prześladowań chrześcijan za panowania cesarza Klaudiusza Gota II, jako kapłan opiekował się cierpiącymi. W roku 270, po aresztowaniu i torturach został ścięty w Rzymie. Obecnie jest patronem diecezji przemyskiej, patronem ciężko chorych, zwłaszcza na nerwicę i epilepsję, no i oczywiście patronem zakochanych. Ten trzeci patronat powierzył mu "kochliwy" Zachód.
    Po co ten rzut oka na postać św. Walentego? Wydaje mi się, że ów trzeci jego patronat jest znany bardziej, niż dwa poprzednie. Napisałam, że każdy człowiek jest tajemnicą, a czyż ktoś naprawdę ciężko, albo wręcz nieuleczalnie chory (bo np. epilepsja jeszcze dzisiaj nie jest do końca uleczalna) nie stanowi ogromnej Bożej tajemnicy dla medycyny i całego otoczenia w ogóle? Tajemnicy, przed którą obecny Papież klęka z szacunkiem i miłością. A czy wszyscy dotknięci ciężkimi i nieuleczalnymi chorobami mają świadomość, że patron zakochanych jest także ich patronem, i to od wielu, wielu stuleci? Nadto w tej tajemnicy, czy może lepiej - świątyni, ludzkiego cierpienia zawsze ukrywa się niezgłębiona Boża miłość i mądrość, za którą należy nieustannie Bogu dziękować. Wobec tego dzień 14 lutego, to nie tylko lukrowane Walentynki, to coś więcej. To święto miłości, ale tej trudniejszej, niekiedy tej bardzo, bardzo trudnej, przez co czystej, głębokiej i prawdziwej. Tylko żeby tak każdy chciał i mógł to zrozumieć... I choć to trudne do pojęcia, wygląda na to, iż w ludziach prawdziwie ubogich, chorych, niepełnosprawnych (w nich, przez nich i dzięki nim) najpełniej objawia się miłość, której najbliżej do tej z Hymnu św. Pawła (I Kor, 13 rozdz.), najbliżej do Miłości Bożej.
    Niczego nie ujmując pozostałej części społeczeństwa, twierdzę, że skoro w/w grupa ludzi jest zdolna do miłości agape, jest także zdolna do miłości oblubieńczej, choćby taka miłość niektórym mogła wydawać się nierealna, żałosna, czy wręcz śmieszna i nie godna szacunku. Istnieją przecież związki narzeczeńskie oraz związki małżeńskie (sakramentalne) osób niepełnosprawnych, niekiedy z wieloletnim stażem wspólnego pożycia. Bardzo często osoby niepełnosprawne które żyją w małżeństwie odciążają rodzinę i nie blokują miejsc w Domach Pomocy Społecznej Gdyby były osobami samotnymi, nie byłyby w stanie żyć samodzielnie, zaś żyjąc w małżeństwie, wzajemnie się uzupełniają, świadcząc sobie obustronnie pomoc. I co najważniejsze: czują się pełnowartościowymi, potrzebnymi ludźmi z możliwością ciągłego rozwoju osobowościowego, a to nie zawsze było by możliwe w rodzinie lub w DPS-ie. Są też zawierane małżeństwa w wieku bardzo dojrzałym, tak, ażeby jesień życia nie musiała być samotna, szara i jednostajna. Ale moja myśl idzie jeszcze dalej. Skoro Kościół katolicki takim osobom błogosławi, pozwalając im na udzielanie sobie Sakramentu Małżeństwa, znaczy to, iż są ku temu odpowiednie kościelne przepisy. Wiele wyznań chrześcijańskich kładzie silny nacisk na główny cel małżeństwa - wydanie na świat i odpowiedzialne wychowanie potomstwa. Przyznaję, stanowcze obstawanie przy tym jest ze wszech miar słuszne i potrzebne, zwłaszcza teraz, w dobie "wolnej miłości". Przecież Pan Bóg już na początku życia pierwszej pary ludzkiej, reprezentującej wszystkich ludzi na Ziemi, zalecił ludziom płodność i rozmnażanie się (Rdz 1, 28), przez co uświęcił małżeński akt najpełniejszego oddania się sobie. Stał się współtwórcą owoców ich oblubieńczej miłości. Jednak dlaczego jedną sprawę nagłaśnia się jak tylko można najszerzej, o drugiej zaś prawie nie można znaleźć informacji? Chodzi głównie o jasne stanowisko Kościoła katolickiego dotyczące zawierania małżeństw sakramentalnych przez dwoje ludzi, którzy chcieliby i mogliby żyć w małżeństwie, jednak mają świadomość, że nigdy nie będą mogli być biologicznymi rodzicami. Może ta sprawa nie dla wszystkich jest aż tak ważna, ale dla tych, którzy w miarę swoich możliwości znają naukę Kościoła, opartą przecież na Prawie Bożym i chcą według niej żyć, tu napotykają na dość poważny dylemat, którego rozwiązania nie bardzo wiedzą gdzie szukać. Zacisze zakrystii? Może i tak, ale z tym też bywa różnie... W Ewangelii św. Mateusza czytamy następujące słowa:
"... są niezdatni do małżeństwa, którzy z łona matki takimi się urodzili; i są niezdatni do małżeństwa, których ludzie takimi uczynili; a są i tacy bezżenni, którzy dla królestwa niebieskiego sami zostali bezżenni. Kto może pojąć, niech pojmuje!" (Mt 19, 12)
Natomiast Księga Rodzaju mówi: "... Pan Bóg rzekł: Nie jest dobrze, aby mężczyzna (w domyśle - człowiek. Mój przypis.) był sam; uczynię mu zatem odpowiednią pomoc." (Rdz 2, 18)
Wobec tego, że sam Bóg stwierdził, iż nie jest dobrze, gdy człowiek jest sam, pomimo, że ma on w sobie tchnienie Boże, czyli życie z całym bogactwem sfery psycho-duchowej, oraz może przebywać w obecności samego Boga i czystych duchów, to poza wyjątkowymi sytuacjami, jak np. wolny wybór życia pustelniczego "dla królestwa niebieskiego", żaden człowiek nie może żyć zupełnie samotnie. Nie jest to zgodne z zamysłem Bożym, ponieważ z Jego woli człowiek może i powinien, w miarę swoich indywidualnych możliwości, normalnie funkcjonować tylko w określonej grupie społecznej, tj. pośród rodziny, przyjaciół itp. A jeśli ta grupa w jakiś sposób uniemożliwia mu to normalne funkcjonowanie, uważam, że taki ktoś, jeżeli tylko ma ku temu sposobność, powinien starać się zmienić otoczenie, w którym żyje. Oczywiście jeśli w i e , że w innym będzie miał większe szanse rozwoju intelektualno-osobowościowo-duchowego. Nie powinien bać się, że podejmując tak radykalną decyzję, kogoś zrani. Żaden człowiek nie może być przez n i k o g o w żaden sposób ograniczany, szantażowany uczuciowo, czy wręcz, jak to kiedyś określił ks. Józef Augustyn, terroryzowany, choćby "tylko" psychicznie. Wprawdzie nikt nie ma prawa nikogo ranić, lecz w sytuacji ranienia każdy ma prawo, a wręcz obowiązek, bronić się; bronić swojej wolności i godności dziecka Bożego, niezależnie od tego, w jakim jest wieku lub stanie zdrowia. No, ale trochę odbiegłam od głównego tematu, chociaż nie tak bardzo daleko. Bo wejście w związek małżeński osoby krzywdzonej przez daną grupę społeczną, wbrew woli jej "decydentów", jest jedną z radykalnych form obrony. Oczywiście, jeżeli obiektywnie patrząc, ten związek ma szanse na bycie udanym, niosącym spokój, poczucie szczęścia i bezpieczeństwa oraz możliwość rozwoju, zapewniający wzajemny szacunek dla wolności i godności osobistej obojga małżonków.
    Może poruszony przeze mnie temat dla niektórych jest zaskoczeniem lub kontrowersją, zapewniam jednak, iż tego, o czym tu napisałam, nie wyssałam sobie z palca. Wydaje mi się, że te sprawy nie dotyczą tylko nielicznych jednostek, lecz znacznej części ludzi chorych i niepełnosprawnych oraz ich rodzin i przyjaciół. Sądzę, że jest to bardzo ważny aspekt ludzkiego życia, dlatego zdecydowałam się na podjęcie tegoż problemu.
    Maryja z Józefem w swoim małżeństwie, Dziecię Jezus obrzędowo ofiarowane w świątyni, św. Bernadetta Soubirous w swojej prostocie i pokorze, św. Walenty śpieszący z pomocą cierpiącym, wszyscy Oni dla swoich współczesnych byli ludźmi normalnymi od zewnątrz. Natomiast osoby w starszym wieku, chore i niepełnosprawne są normalnymi ludźmi przede wszystkim od wewnątrz. Jednak, niestety, tę prawdę nie każdy potrafi dostrzec, zaakceptować i uszanować.

O nas | Rehabilitacja | DPS | Turnusy | Wolontariat | Duszpasterstwo | Stowarzyszenie | Historia | Wydarzenia | Spartakiada | Ogłoszenia
Copyright © 2003 by Dom dla Niepełnosprawnych